W oczekiwaniu na nowego Hitlera

W oczekiwaniu na nowego Hitlera

Danuta Miściukiewicz

Zadziwiające jak wielu ludzi ciągle nie chce zrozumieć, że posiadanie dzieci to ogromna odpowiedzialność, a stwarzanie im godziwych warunków do prawidłowego rozwoju to wielka sztuka, tak naprawdę przez nikogo nie doceniana. To dzisiejsze dzieci będą jutrzejszymi dorosłymi, kształtującymi świat, w którym przyjdzie nam żyć.
Klasyką psychologii są dzieła Alice Miller, która badała wpływ wczesnodziecięcych urazów takich jak maltretowanie fizyczne i molestowanie seksualne na późniejsze, dorosłe życie niegdysiejszych ofiar. Nie sposób nie zgodzić się z jej analizą dzieciństwa Adolfa Hitlera, które wespół z rzeczywistością niemiecką po traktacie wersalskim stworzyło przyszłego dyktatora i ludobójcę. Gdyby jego ojciec nie był złamaną pruskim drylem emocjonalną parodią człowieka, dręczącą, z braku rekrutów, własną rodzinę być może kto inny stworzyłby Trzecią Rzeszę i obozy koncentracyjne. Gdyby zaś żaden produkt wojskowego prania mózgu nie miał szansy znęcać się nad swoimi dziećmi – na przykład dlatego, że wisiałoby nad nim realne ryzyko utraty praw rodzicielskich i dokuczliwej kary – być może historia potoczyłaby się inaczej.

A jednak ten prosty fakt – kształtujemy nasze dzieci poprzez warunki jakie im stwarzamy, jak Bóg stwarzamy je na własny obraz i podobieństwo - ciągle nie może uzyskać akceptacji samych rodziców. Jeśli dziecko „wychodzi na ludzi” to nasza zasługa, dobrze je wychowaliśmy. Jeśli nie – dopust boży, widać takie się urodziło. Widać za mało pasem obrywało. Za bardzo go rozpuściliśmy i oto skutki.

To złudzenie utrwala i utrzymuje w mocy społeczne zakłamanie dotyczące świętości i nienaruszalności tajemnicy domowego ogniska. To co dzieje się w rodzinnym zaciszu obchodzi opinię publiczną dopiero wtedy, kiedy rodzice peklują zwłoki dzieci w beczkach po kapuście. Wcześniej – cicho sza. Dziecięce ofiary domowej przemocy zazwyczaj milczą – choć może wydawać się to nieprawdopodobne, dziecko, zwłaszcza małe dziecko nie ma innego wyjścia jak kochać i kryć własnych oprawców. Sceptykom polecam lekturę wstrząsającej książki „Dziecko zwane niczym” Dawida Pelznera, zapisu wieloletnich tortur (nie przesadzam – jak inaczej nazwać permanentne głodzenie, pojenie amoniakiem czy dźganie nożem?) jakie autorowi w dzieciństwie fundowała własna matka. Powie ktoś, że w końcu Pelzner „wyszedł na ludzi”. Tak, ale dzięki potwornej pracy własnej i zaangażowanych w jego reedukację doświadczonych terapeutów. Większość ofiar domowej przemocy nie ma takiej szansy.

Kolejnym niedowiarkom sugeruję następną książkę do poduszki (zwłaszcza amatorom nocnych koszmarów) - „Wstyd i przemoc” Jamesa Gilligana, wieloletniego psychiatry więziennego, pracującego z najbardziej okrutnymi i zdemoralizowanymi sprawcami okrutnych mordów. Opisy (potwierdzone przez obiektywnych świadków) tego, przez co jego podopieczni przechodzili w dzieciństwie jeżą włos na głowie. Zawsze, kiedy o nich myślę, przypomina mi się notka prasowa sprzed kilku lat z naszego, śląskiego podwórka. Dotyczyła ona procesu o morderstwo – obrońcy oskarżonego powołali na świadka emerytowaną kuratorkę, która zeznała jak to w przeszłości kilkakrotnie i bezskutecznie kierowała do sądu rodzinnego wnioski o pozbawienie rodziców oskarżonego praw rodzicielskich, ze względu na ekstremalne znęcania się nad dzieckiem. Sąd „w trosce o dobro rodziny” nie wyraził na to zgody.

Skoro tak funkcjonowały (i być może nadal funkcjonują) instytucje powołane do likwidowania patologii społecznych, cóż dziwnego, że szary człowiek woli nie widzieć zła, nie słyszeć zła, nie mówić, że zło się dzieje.
Bo cóż też moglibyśmy zrobić, nawet gdybyśmy chcieli interweniować? Jakie mamy możliwości działania? Co czeka dziecko, które zostanie zabrane z domowego piekła? Dom dziecka? Koleżanka, świeżo upieczona psycholożka, pracuje w domu dziecka. Codziennie musi zbierać się w sobie, żeby stawić czoła fali agresji, którą raczą ją podopieczni. Ze względu na brak miejsc w domach poprawczych, młodociani przestępcy, do cna zdemoralizowani (niemal zawsze ofiary potwornych warunków w domu rodzinnym) przebywają razem z „normalnymi” dziećmi, przenosząc na grunt domu dziecka terror i przemoc jakich nauczyli ich dorośli.

Więc dzieci wyrzucone z deszczu pod rynnę, a rodzice? Pewnie do więzienia, naszego cudownego panaceum na wszelkie społeczne bolączki. Zapewne pobyt w przetłoczonej celi ze sprawcami ciężkich przestępstw nauczy ich umiejętności radzenia sobie z własnymi emocjonalnymi problemami, pokaże im, jak być odpowiedzialnym ojcem czy matką...
Tak więc wszyscy milczymy i udajemy, że problem nie istnieje. Pocieszamy się doniesieniami biologów, twierdzących, że większość naszych zachowań determinują geny. Zapominamy o wielkim eksperymencie Summerhill, gdzie Aleksander S. Neill udowodnił, że dzieci trudne, krnąbrne i zdemoralizowane „wychodzą na ludzi”, jeśli uwolnić je od tyranii dorosłych i tresury zorganizowanej edukacji.

Być może gdybyśmy mieli świadomość, że istnieją realne metody naprawiania zła w postaci dotowanej przez państwo systemowej terapii rodzinnej (doświadczenia amerykańskie uczą, że lepiej jest dla dzieci – ofiar przemocy i molestowania zostawić je w pierwotnych rodzinach, ale poddanych kompleksowej terapii i otoczonych opieką, niż przenosić je do domów dziecka czy rodzin zastępczych), alternatywnych miejsc pobytu dla dzieci z rodzin nie podlegających reedukacji (miejsc realnie zaspokajających potrzeby emocjonalne i egzystencjalne dzieci) łatwiej byłoby nam przestać wypierać ze świadomości fakt, że przemoc rodzinna – fizyczna i emocjonalna- realnie okalecza dzieci na całe życie. Że skutkuje to rozlicznymi problemami społecznymi – nie trzeba zostać bandytą, żeby zatruwać naszą wspólną życiową przestrzeń. Wystarczy jako emocjonalnie okaleczonym „żywy trup” zatracić się bez reszty w korporacyjnym wyścigu szczurów, depcząc, w pogoni za sukcesem, słabszych i bezbronnych.

Tak więc, najpierw uznanie, że problem istnieje; potem obalenie mitów takich jak ten, że sprawcami przemocy wobec dzieci są tylko mężczyźni (statystyki bywają zawodne, ale pamiętam, jak bynajmniej nie feministyczne pismo kobiece podało, że 60% Polek przyznaje się do bicia dzieci): w końcu stworzenie kompleksowego systemu zarówno uzdrawiania już istniejących patologicznych sytuacji, jak i zapobiegania ich powstawaniu. Na tym polu musi pojawić się aktywność przyjaznego i rozumnego państwa – reagującego na zło już istniejące i nie zaniedbującego prewencji z pełną świadomością faktu, że dzisiejsza inwestycja w dobro dzieci z nawiązką zwróci się za parę lat - w postaci mniejszych nakładów na więziennictwo, walkę z przestępczością i zasiłki społeczne..

Prewencja powinna polegać zarówno na powszechnej edukacji z zakresu inteligencji inter - jaki i intrapersonalnej ( jak żyć z innymi i jak żyć z samym sobą), które ostatnio propaguje się pod nazwą inteligencji emocjonalnej jak i na obowiązkowym przygotowania przyszłych ojców i matek z zakresu, nazwijmy to, pedagogiki rodzinnej.
Marzy mi się sytuacja, w której odpowiedzialność za wychowanie dzieci spoczywa nie wyłącznie na rodzinie, nawet nie głównie na bezosobowym państwie ale, jak w tzw. pierwotnych plemionach na całej lokalnej społeczności. Zamiast rodziny atomowej wielka wspólnota ciotek i wujków, pospołu dbających o dobro „wspólnych” dzieci. Ale dopóki nie powstanie społeczeństwo pokapitalistyczne – obywatelskie, wspólnotowe, odpowiedzialne i solidarne - to zapewne zbyt daleko idąca i radykalna fantazja....


Gdzie jest EGO? > PL > Skarbiec > Magazyn > W oczekiwaniu na nowego Hitlera >
Share: Facebook Google Twitter
Shortlink: https://www.e-budda.pl/link/369109 sLink
[imsp]